Siemanko! Święta, święta i… po świętach. Brzuchy pełne, lodówki domknięte na słowo honoru, a my powoli wracamy do żywych. Przez ostatnie dni pewnie każdy z nas przerobił tyle jedzenia, że starczyłoby na wykarmienie małej jednostki wojskowej.
Ale umówmy się – zawsze jest ta jedna potrawa, na którą czeka się cały rok i która znika z talerza szybciej niż pensja z konta.
U mnie w tym roku bezdyskusyjnie wygrał: boczek faszerowany
Powiem Wam szczerze, próbowałem wszystkiego, ale ten konkretny zawodnik skradł show. Soczysty, dobrze doprawiony, z chrupiącą skórką – po prostu poezja. Przepis pewnie znacie z moich wcześniejszych wrzutek, ale w te święta wyszedł mi jakoś wyjątkowo „uczciwie”.
Z drugiej strony, zawsze trafi się też jakiś „półkownik” – potrawa, która dzielnie stoi na stole, wszyscy ją chwalą, ale jakoś nikt nie chce jej nałożyć na talerz. U mnie w tym roku padło na [wstaw nazwę, np. sałatkę z pora] – smaczna, ale przy konkurencji w postaci domowej szynki nie miała szans.
Czas na Wasz werdykt! 🏆
Nie bądźcie tacy i pochwalcie się, co u Was było królem stołu.
- Co zniknęło najszybciej? (Piszcie nazwy potraw, a jak macie foty, to wrzucajcie śmiało!).
- Co zostało i teraz trzeba to dojadać przez tydzień?
- Czy był jakiś nowy eksperyment, który siadł idealnie?
Czekam na Wasze komentarze. Zróbmy tutaj mały ranking poświątecznych hitów i kitów. Może dzięki Wam znajdę inspirację na to, co wrzucić na ruszt w przyszłym roku!



